Hard Seat Experience.

Naszej ‘wielkiej’ podróży po Chinach planuję poświęcić kilka kolejnych postów. W tym miejscu chciałabym zrobić jedynie małe wprowadzenie.

A zatem, w podróży byliśmy w sumie 18 dni. W tym czasie odwiedziliśmy pięć miast: Beijing, Datong, Pingyao, Xi’an i Luoyang, czyli mniej więcej wszystko, co mieliśmy w planach. Rozważaliśmy też kilka innych miejsc, w tym przede wszystkim Wudang Mountains, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że w tych warunkach pogodowych byłaby to bardziej męczarnia niż przyjemność. Przy okazji chciałabym zaznaczyć, że jeśli ktoś planuje wyjazd do Chin i ma możliwość wybrania terminu, to odradzałabym decydowanie się na miesiące wakacyjne. Upał jest niemal nie do zniesienia, a tłumy Chińczyków osiągają niewyobrażalne rozmiary. My niestety wyboru nie mieliśmy, bo od września znów ruszymy do szkoły i kolejną dłuższą przerwę będziemy mieć dopiero w lutym. Wtedy natomiast, udamy się prawdopodobnie na eksplorację południa kraju, gdzie jest jeszcze goręcej i jeszcze bardziej wilgotno.

 

Na środek transportu wybraliśmy pociąg i to w najtańszej możliwej wersji, czyli Hard Seat. Niestety ceny za szybkie pociągi i miejsca w wagonach sypialnych są tak wysokie (dla przykładu: za połączenie Suzhou – Beijing możemy zapłacić 523.5 RMB podróżując szybkim pociągiem, drugą klasą, 470.5 RMB decydując się na powolny pociąg, ale soft sleeper, 307.5 RMB tym samym pociągiem, ale mając do dyspozycji tylko hard sleeper, albo 168.5 RMB tudzież 148.5 RMB wybierając hard seat), że nie mogliśmy sobie pozwolić na takie luksusy i zamiast tego, spędziliśmy blisko 70 godzin na małych i niewygodnych fotelach, które na szczęście, wbrew temu na co wskazywałaby nazwa, aż tak twarde nie są.

 

Oszczędzając na pociągach i nocując w tańszych, aczkolwiek zawsze schludnych i fajnych miejscach, nie musieliśmy martwić się o ceny wstępów do przeróżnych atrakcji turystycznych, które w Chinach są niestety horrendalne. Chińczycy wysoko cenią swoje zabytki, w wielu przypadkach zupełnie niesłusznie. Zawsze chwalą się, że ich świątynie czy pagody były zbudowane wieki temu, ale i tak zaraz okazuje się, że później zostały doszczętnie splądrowane i niszczały latami, aż w końcu ktoś w XX albo nawet XXI wieku kompletnie je odbudował. Do wielu zabytków nie można też wejść, tylko przebywa się na ich terenie. Na przykład w Forbidden City, pomieszczenia, w których urzędował cesarz, ogląda się tylko przez szybę. Natomiast odwiedzając Changling Tomb pod stolicą, dowiadujemy się, że sam grobowiec jest kompletnie niedostępny dla turystów, zobaczyć można jedynie wielką kupę ziemi, pod którą się znajduje. Wygląda na to, że Chińczykom można wcisnąć wszystko, a oni i tak będą się cieszyć. Można im pokazać tablicę pamiątkową postawioną pod grobowcem w 2012 roku, a będą pstrykać fotki jakby właśnie lecieli balonem w Kapadocji. Bardziej wymagający turysta, na przykład taki jak my, odwiedzając chińskie atrakcje, może być trochę mniej kontent. Stąd kolejna rada: warto wnikliwie poczytać o zabytkach w Chinach i dowiedzieć się co naprawdę jest warte odwiedzenia, zanim się tam pojedzie. Wiele, naprawdę wiele znanych chińskich atrakcji, spokojnie można sobie odpuścić.

 

Wracając na moment do cen, dodam jeszcze tylko, że bilety wstępów były naszym największym wydatkiem podczas podróży i pobiły na głowę koszty pociągów i noclegi. Za 16 atrakcji które odwiedziliśmy, zapłaciliśmy w sumie 2220 yuanów. Do tego należy jeszcze doliczyć dojazdy, bo mało co jest w miastach i czasami autobusami albo taksówkami trzeba przejechać dodatkowo nawet kilkadziesiąt kilometrów. Poza sezonem mogłoby być trochę taniej, bo w wielu miejscach w lecie za wstępy płaci się nawet o 20 yuanów więcej niż w zimie, ale możliwe, że wtedy z kolei utrudnione byłyby niektóre dojazdy.

 

Jeśli chodzi o nasze wrażenia po podróży, to ogólnie jesteśmy zadowoleni, aczkolwiek mieliśmy też nieprzyjemne przygody, a Chińczycy byli nieznośni jak zwykle, a może nawet bardziej. Poza tym, wróciliśmy wykończeni. Podróżowanie po żadnym innym kraju w jakim do tej pory byłam, nie było aż tak uciążliwe i trudne. Piesze przejście 1000 kilometrów w Hiszpani (dwa razy!) to pikuś w porównaniu z 18 dniami w Chinach. Seriously! Bariera językowa nigdy wcześniej nie wydawała mi się nie do przeskoczenia i nigdy wcześniej nie czułam się tak bezsilna w czasem naprawdę banalnych sytuacjach. No ale cóż, jesteśmy w Chinach i chyba już najwyższy czas się z tym pogodzić.

 

Miasto, o którym będziemy myśleć najcieplej, to zdecydowanie Datong. Bardzo fajnie i przede wszystkim ciekawie, było również w stolicy, a największym rozczarowaniem był chyba Xi’an i Terracotta Army. Nie mówię, że nam się tam nie podobało, ale to miejsce z pewnością nie zrobiło na nas takiego wrażenia, jakiego się spodziewaliśmy. Szczegóły już w następnym odcinku, a w ramach przedsmaku, poniżej prezentujemy kilka zdjęć.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

2 przemyślenia na temat “Hard Seat Experience.”

  1. malgorzatakluch pisze:

    Giovanno! prosze nie zazdroscic, tylko przyjezdzac. apartament z wyjsciem do ogrodu czeka :)

  2. ~jowanka :) pisze:

    ale Wam zazdroszczę … :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>