The Ancient City of Pingyao – not so ancient after all.

Na terenie Chin znajduje się sporo małych miasteczek i wiosek, które zachowały swój dawny wygląd i tradycyjne budownictwo. Jednym z takich miejsc jest Pingyao.

Jak czytamy w ulotce, historia Pingyao ciągnie się ponad 2800 lat wstecz. Czy oznacza to jednak, że zobaczymy tam aż tak stare zabytki? Raczej nie. Jest tam kilka muzeów z naprawdę starymi eksponatami, ale większość zabudowań, sprzętów i wyposażenia pochodzi ze znacznie bliższych nam czasów (mniej więcej XVIII – XX wiek).

Mury, które otaczają stare miasto, zostały natomiast odbudowane naprawdę niedawno, bo w latach 90. minionego stulecia. Co prawda na terenie taoistycznej świątyni Qingxu można obejrzeć fragment oryginalnej bramy z czasów dynastii Ming, to jednak przechadzać będziemy się po zupełnie nowej konstrukcji.

Nie zmienia to jednak faktu, że Pingyao jest niezwykle urokliwe i na pewno warto je odwiedzić. Lokalizacja też jest sprzyjająca, bo miasto znajduje się na trasie Datong – Xi’an, więc nie trzeba nadkładać drogi, aby je odwiedzić.

Wstęp na teren starego miasta (bo Pingyao się rozrosło i teraz jest też nowoczesna część) jest darmowy, ale aby zwiedzić muzea, świątynie i wspiąć się na mury, należy kupić bilet, który podczas naszego pobytu w tym miejscu kosztował 130 RMB.

Obiektów dostępnych dla zwiedzających jest ponad 20, więc jeden dzień nie wystarczy aby zobaczyć wszystko. My na zwiedzanie poświęciliśmy półtora dnia (brakujące pół przespaliśmy, bo byliśmy zmęczeni po nocnej podróży pociągiem z Datongu) i widzieliśmy większość. Coś tam sobie odpuściliśmy, ale po zobaczeniu kilkunastu atrakcji i tak wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że do każdego z obiektów można wejść tylko raz i dotyczy to również murów, o czym dowiedzieliśmy się w niezbyt przyjemny sposób. Tylko ogromny upór z naszej strony sprawił, że wpuszczono nas na nie drugi raz. Za pierwszym razem chcieliśmy wejść tylko na chwilę, żeby zobaczyć miasto z wysokości. Wchodząc zapytałam kobietę sprawdzającą bilety, czy będziemy mogli wrócić następnego dnia, ale jak typowa Chinka nieznająca ani słowa po angielsku, zaczęła gadać po chińsku i gestami dała nam znak, żebyśmy przeszli już te bramki. Tak też zrobiliśmy i drugiego dnia, gdy chcieliśmy porządnie obejść sobie mury, musieliśmy długo się wykłucać, zanim wyjątkowo uparci służbiści dali nam na to szansę.

Wracając jednak do tematu, myślę, że do Pingyao i innych ‘antycznych’ miasteczek warto jechać chociażby ze względu na to, że można tam zobaczyć mnóstwo starego budownictwa, którego w dużych miastach nie zostało już zbyt wiele. Można wchodzić do domów (rezydencji), oglądać dawne kuchnie ze wszystkimi sprzętami, sypialnie, pokoje gościnne, a także tradycyjne stroje. Jednak przede wszystkim, można dowiedzieć się co nieco o tym, jak kiedyś wyglądało życie w Chinach. We wszystkich zwiedzanych budynkach są bowiem tablice informacyjne, czasami bardzo szczegółowe.

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy to rezydencja, w której mieścił się Reishengchang Draft Bank. Powstał w 1823 roku i zajmował się kontami oszczędnościowymi, pożyczkami i przelewami. Jak czytamy, jego głównymi zasadami były szczerość i wywiązywanie się z obietnic. Wygląda na to, że był bardzo mądrze zarządzany i dlatego szybko się rozwinął. Po pierwsze, był wyraźny podział na właściciela i managera. Po drugie, udziałowcy dzielili się pracą. Po trzecie, istniał system surowych kar i nagród dla pracowników.

Po dziesięciu latach zaczęły powstawać nowe siedziby i bank zaczął się rozrastać. W sumie istniał ponad sto lat i kres przyniósł mu dopiero rozwój instytucji finansowych w zachodnim stylu, który nastąpił w XX wieku.

To, co w tym miejscu zainteresowało mnie jednak najbardziej, to wygląd pokoju gościnnego. Otóż do banku często przyjeżdżali goście, w tym m.in. pracownicy innych oddziałów, urzędnicy państwowi, czy też uczeni. Bardzo dbano o ich komfort i dlatego do dyspozycji mieli takie luksusy jak mahoniowe łóżko, lustro z mozaiką z drewna gruszy, książki o konfucjonizmie i historii, mahjong zrobiony z kości, West Lake Longjing tea (bardzo popularna herbata z Hangzhou), papierosy i ……… fajki do palenia opium.

W Pingyao możemy zobaczyć też The First Museum of Armed Escort in North China. Tego typu firmy były poprzedniczkami dzisiejszych firm ochroniarskich. Zajmowały się oczywiście transportem pieniędzy i ochroną budynków, na przykład sklepów. Pracownicy trenowali kung fu. W muzeum można zobaczyć plac, na którym widnieje symbol yin yang i na którym odbywały się treningi.

Kolejnym ciekawym miejscem jest obszar, na którym znajdują się byłe urzędy, sąd i więzienie. To co pozostało z więzienia, to tylko cele, w których przebywali drobni przestępcy. Jeśli dobrze zrozumiałam napisy na tabliczce informacyjnej, to funkcjonowało ono do lat 60-tych XX wieku. Kiedyś były tam również cele dla groźnych przestępców i wodny loch (cokolwiek to oznacza), ale nie przetrwały do dzisiejszych czasów.

Oprócz tego, w Pingyao jest muzeum prasy, w którym znajdziemy m. in. egzemplarz gazety założonej przez Komunistyczną Partię Chin o nazwie “Anti Japanese Daily”.

W kilku miejscach na terenia miasta można zobaczyć małe powozy konne, których posiadanie świadczyło o bogactwie. Teraz nie prezentują się zbytnio efektownie, ale kiedyś były bardzo eleganckie i luksusowe.

W niektórych rezydencjach zobaczymy też głębokie, podziemne sejfy, które wydały mi się wyjątkowo ciekawe. Przechowywano tam sztabki w kształcie butów. Dlaczego wybrano akurat taki kształt? Tego nie wiem, ale jak na moje oko, to wcale nie wyglądały one na buty. Bardziej przypominały łódeczki albo marynarskie czapki.

Niektórzy wpływowi mieszkańcy mieli także małe, prywatne świątynie w swoich rezydencjach. Oprócz tego, w Pingyao były i są też świątynie publiczne. Ile? Nie jestem pewna, ale my byliśmy w czterech i to pod rząd. Temple of God of Fire była akurat w remoncie, ale i tak wszędzie można było wchodzić. The Confucian Temple nie różniła się za bardzo od innych świątyń konfucjanskich, czyli jak na nasz gust, była trochę nudna. Najciekawsze były świątynie Qingxu Guan Taoist Temple i Cheng Huang Temple. W tej ostatniej widzieliśmy całą masę przedziwnych, często bardzo szeroko uśmiechniętych figur oraz sceny z piekła, gdzie najwyraźniej trafiają przede wszystkim kobiety, bo to one w dużej większości były poddawane przeróżnym, wymyślnym torturom.

Na koniec jeszcze tylko krótka historyjka związana z naszym noclegiem. Otóż, jak z samego rana dojechaliśmy do Pingyao, byliśmy bardzo zmęczeni całonocną podróżą. Mieliśmy zarezerwowany nocleg, ale nie mieliśmy pojęcia gdzie się znajduje. Nie wiedzieliśmy nawet czy jest w obrębie starego miasta, czy może poza nim. Co więcej, nie wiedzieliśmy gdzie jest stare miasto (było praktycznie za rogiem, ale z dworca nie było tego widać).

Dlatego jak tylko oblegli nas taksówkarze, uznaliśmy, że warto skorzystać z ich usług, bo przynajmniej szybko znajdziemy się na miejscu. Stawka, którą rzucali wynosiła 10 RMB, więc nawet nie było sensu się zastanawiać. Co prawda, jak tylko pokazaliśmy adres, to szybko podskoczyła do 20 RMB, ale powiedzieliśmy, że godzimy się tylko na 10 RMB i już po chwili byliśmy w samochodzie.

Na teren starego miasta dotarliśmy szybko, ale do hotelu niestety nie. Nasz kierowca zjechał chyba wszystkie możliwe uliczki, po czym zaczął się zatrzymywać, pytać ludzi o kierunek, a w pewnym momencie samemu biegać i szukać numeru, którego ostatecznie nie znalazł. Bardzo się starał, a o istnieniu hotelu nie wiedzieli nawet mieszkańcy ulicy, na której miał się znajdować, więc nie mieliśmy mu nic do zarzucenia. Właściwie zrobiło mi się go żal, że tyle się napracował za 10 RMB i to w dodatku bez rezultatu. Bardziej martwiło mnie jednak to, że nie mieliśmy noclegu. Na szczęście z pomocą przyszedł nie kto inny, a ……… nasz taksówkarz. Powiedział, że zna ludzi, którzy mają pokój. Najpierw dał nam wyższą cenę niż miała być w hotelu, ale z nami tego dnia naprawdę nie było sensu się targować. Powiedzieliśmy, że zapłacimy 60 RMB za dobę i koniec (pokój w hotelu miał kosztować 58 RMB).

Już po chwili byliśmy na podwórzu czyjegoś domu i dopełnialiśmy formalności. Pokój, który dostaliśmy był bardzo skromny, ale za to, jak się później okazało, przypominał te, które oglądaliśmy w muzeach. Miał takie samo legowisko, tak jakby na piecu i twardy materac.

Wyposażenie było oczywiście podstawowe, żeby nie powiedzieć ubogie, a łazienka stanowczo zbyt minimalistyczna jak na nasze standardy, ale naprawdę nie było pola do tego, by być wybrednym. Trzeba było pogodzić się z myślą, że przez następne dwa dni, prysznic będziemy brać tuż nad toaletą.

Ogromnym plusem było to, że trafiliśmy do domu zwykłych mieszkańców miasta, a nie do typowego hotelu. W dodatku ci ludzie byli bardzo mili, a wieczorami panował tam spokój. Siadaliśmy sobie po ciemku na podwórzu, tuż przy ścianie naszego pokoju, popijaliśmy piwa zakupione w sklepie (w restauracjach podają prawie tylko Snow, którego nie lubimy, a ceny są oczywiście mocno zawyżone) i patrzyliśmy na ciemne niebo. Było naprawdę sielankowo.

1 2 3 6 7 8

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>