Nasze nowe mieszkanie, czyli co Chińczycy rozumieją przez przymiotnik ‘modest’.

W niedzielę, 6 września, pojechaliśmy do naszej nowej szkoły. Spotkaliśmy tam kilka ważnych osób, podpisaliśmy jakiś dokument, a później zabrano nas do mieszkania, które przez kilka kolejnych miesięcy, miało być naszym nowym domem.

Mówiono nam, że apartament jest ‘modest’, ale nawet w najgorszych koszmarach nie bylibyśmy w stanie wyobrazić sobie tego, co tam na nas czekało.

Tego dnia podaliśmy w wątpliwość wszystko, co do tej pory myśleliśmy o Chińczykach i wszechobecnym brudzie, w jakim żyją. Zdaliśmy sobie sprawę, że pomimo tylu miesięcy spędzonych w tym kraju, oni dalej są w stanie nas zaskoczyć. W momencie kiedy wydawało nam się, że prawie wszystko już wiemy, a nawet jesteśmy do tego trochę przyzwyczajeni i pogodzeni, udało im się nas zszokować i sprawić, że nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.

Chiny to najbrudniejszy kraj jaki widzieliśmy i nie wiem czy jakiemuś innemu uda się kiedykolwiek do niego w tej kwestii zbliżyć. Jak myślicie o brudzie, największym brudzie jaki kiedykolwiek widzieliście, syfie nie z tej ziemii, czymś uwłaczającym ludzkiej godności, warunkach niegodnych zwierzęcia, to wciąż nie jest to to, z czym spotykamy się w Chinach. Brak słów. Najzwyczajniej w świecie brak słów. A najgorsze jest to, że tutaj nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Ludzie żyją w tym, codziennie się do tego przyczyniają i w dodatku są zadowoleni!

Do mieszkania przyjechaliśmy z pracownikami naszej firmy i z kolesiem ze szkoły. Żaden z nich nie zdawał się podzielać naszego obrzydzenia na widok tego miejsca. Ja się dziwiłam, że nie wstydzili się nam go pokazać, a oni nie mieli nawet oporu, aby kazać nam tam mieszkać. Zresztą kolesie z naszej firmy bardzo szybko się ulotnili, zostawiając nas na pastwę losu. Masakra!!!

Kasper wkurzył się tak bardzo, że myślałam, że jeszcze tego dnia wylądujemy w samolocie powrotnym do Polski. Granica została przekroczona i przez chwilę wyglądało na to, że nie ma już odwrotu. W końcu jak wiele brudu i syfu może znieść człowiek, i to w tak krótkim czasie?!

Teraz co prawda już wiemy, że w tym apartamencie wcześniej mieszkali obcokrajowcy, ale nie zmienia to faktu, że szkoła zamiast go posprzątać i przygotować na nowych lokatorów, po prostu nas tam zabrała. Bez najmniejszego zażenowania!

Wprowadzili nas do mieszkania, w którym na każdym kroku walały się śmieci, w kuchni leżało zapleśniałe jedzenie, a łazienka budziła postrach. Zapach był odurzający i wszystko było szaro-bure.

Powiedzieli, że później przyślą kogoś do sprzątania, ale szybko okazało się, że przez sprzątanie, rozumieją trochę co innego, niż my.

Mianowicie, gdy stanęło na tym, że nie możemy w tym mieszkaniu spędzić nocy i znów pójdziemy do hotelu, wróciliśmy tam na chwilę po najpotrzebniejsze rzeczy (wcześniej zostawiliśmy tam bagaże). Jakieś kobiety były akurat w trakcie sprzątania. Gdy weszliśmy, naszym oczom ukazała się góra śmieci. To naprawdę była góra! Wyglądało to tak, jakby ktoś wyrzucił na podłogę zawartość całego kosza albo dwóch. Nie wiem jak można skumulować w mieszkaniu tyle śmieci. Po prostu nie mieści mi się to w głowie!

Następnego dnia, po nocy w bardzo ładnym hotelu i ‘western style breakfast’ (nie było sera, jak na obrazku, ale był przynajmniej toster, chleb tostowy i masło), wróciliśmy do szkoły, gdzie zostaliśmy obdarowani wiaderkiem, mopem, miotłą, ściereczkami i workami na śmieci, a następnie odesłani do mieszkania. Na miejscu okazało się, że śmieci faktycznie zniknęły, ale to jedyna usługa jaką obejmowało ‘sprzątanie’. Podłogi dalej były czarne, łazienka dalej straszyła, zwłaszcza obleśną, zapleśniałą zasłoną prysznicową i kiblem z za małą deską klozetową, a na meblach dalej zalegał kurz. Nie pozostawało nam więc nic innego, jak tylko zakasać rękawy i ruszyć do sprzątania. Ogarnięcie jednej sypialni, kuchni i łazienki zajęło nam praktycznie cały dzień. Resztę mieszkania zostawiliśmy na kiedy indziej, bo nie byliśmy w stanie posprzątać wszystkiego na raz.

Plus dla szkoły należy się jednak za to, że w mieszkaniu okazało się, że wiaderko i mop to nie jedyne prezenty, jakimi zostaliśmy obdarowani. Mianowicie, czekały na nas dwie wielkie torby wypełnione najpotrzebniejszymi sprzętami. Był pełen komplet pościeli, patelnia, rice cooker, talerze, miseczki, sztućce, deska do krojenia, ręczniki, a nawet szczoteczki do zębów i pasta oraz kilka innych drobiazgów. Z całą pewnością dostaliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Co do mieszkania, to wypada też dodać, że z naszej drugiej sypialni wychodzi się wprost do ogrodu. Nie jest to jednak ogród wart użytkowania. Nasi sąsiedzi z góry, najwyraźniej traktują go jak śmietnik, bo co jakiś czas znajdujemy tam nowe rzeczy. Tak więc, jest opakowanie po chipsach, gazeta, torba po proszku do prania i klapek w naszej ogrodowej umywalce. Nie zamierzamy tego sprzątać, bo i tak jest zimno, więc nie będziemy tam przesiadywać, ale oglądamy stamtąd czasami naszą sąsiadkę z naprzeciwka, która regularnie wylewa coś przez okno, wprost na okna lokatorów z dołu. Nie do zlewu, tylko przez okno. Najwyraźniej taki zwyczaj albo jej upodobanie.

Obecnie mija nam już trzeci miesiąc w tym mieszkaniu i generalnie nie jest tak źle, aczkolwiek do ideału wciąż mu daleko. Prawie całkowicie udało nam się pozbyć zapachu, jaki w nim panował, ale nie możemy sobie poradzić z wilgocią i to z pewnością się nie zmieni, zwłaszcza, że ostatnio prawie cały czas pada. Okna są mokre od wewnątrz i nie ma na to sposobu, bo w tej części Chin nie ma ogrzewania. Wszystko nam więc pleśnieje. Ostatnio znalazłam pleśń na butelce płynu do naczyń, który stał koło okna!

A tak z najnowszych atrakcji, to właśnie jesteśmy w pobliskim hotelu, bo ostatnio pojawił się problem z toaletą. Początkowo myśleliśmy, że kibel najzwyczajniej w świecie się zatkał, ale gdy po wielu usilnych próbach nie udało nam się go odetkać, zaczęliśmy podejrzewać, że to coś poważniejszego. Od środy prosiliśmy w szkole o hudraulika, ale dostaliśmy go dopiero wczoraj, czyli w piątek (20-ego listopada). Biedak męczył się przez około trzy godziny, ale nie udało mu się załatwić sprawy. O tym jak wyglądała póżniej nasza łazienka i o tym ile rzeczy będziemy musieli z niej wyrzucić, bo zostały ‘skażone’, nie będę nawet pisać. Dzisiaj spędził u nas jakieś pięć godzin, rozkopał asfalt na zewnątrz i wymienił rurę, ale robota dalej nie skończona. Jutro ma się pojawić ponownie i podobno wszystko już będzie w porządku, ale z łazienki będziemy mogli korzystać dopiero wieczorem.

Dlatego właśnie jesteśmy w hotelu, do którego meldowaliśmy się ponad pół godziny, co też prawie doprowadziło nas do szału. Nie zdziwiłabym się za bardzo, gdyby się okazało, że nigdy wcześniej nie nocowali tu obcokrajowcy.

Trzy osoby oglądały nasze paszporty i nie mogły dojść ani do tego skąd jesteśmy, ani kiedy się urodziliśmy, ani kiedy przyjechaliśmy do Chin. Oboje mamy obecnie w naszych paszportach po trzy wklejki z Chin, na których wszystko jest po chińsku, ale to i tak nie pomogło obsłudze hotelowej. Z jakiegoś powodu cały czas oglądali moje amerykańskie wizy i próbowali spisać z nich dane, chociaż na nich, akurat wszystko jest po angielsku. Co więcej, zamiast zeskanować moją główną stronę w paszporcie, zeskanowali właśnie amerykańską wizę!!!

Ostatecznie musieliśmy wkroczyć do akcji. Najpierw zapisaliśmy na kartce moje imię i nazwisko, datę urodzenia liczbami, bo najwyraźniej nie mogli rozgryźć miesięcy oraz numer paszportu, a później nauczyliśmy ich obsługiwać naszą aplikację na telefon – Pleco, dzięki której mogli zapisać po chińsku czego nie wiedzą, a aplikacja przetłumaczyła nam na angielski. Nie obyło się też bez telefonu do Klausa, ale w końcu się udało i dostaliśmy pokój!!!

Mówiąc krótko, przygoda goni przygodę, codziennie z czymś się zmagamy i z biegiem czasu wcale nie jest w tych Chinach łatwiej!

DSC_0254

4 przemyślenia na temat “Nasze nowe mieszkanie, czyli co Chińczycy rozumieją przez przymiotnik ‘modest’.”

  1. ~anna pisze:

    Ja myślę o przeprowadzce do Chin, ale troszkę się przeraziłam;-). Życzę wszystkiego dobrego.

  2. malgorzatakluch pisze:

    hey, dzieki za komentarze. Europejczykom zdecydowanie trudno jest sie pogodzic z tutejsza rzeczywistoscia. my osobiscie bardzo juz sie stesknilismy za porzadkiem jaki panuje na naszym kontynencie :)

  3. ~Aneta pisze:

    Artykuł przeczytałam z wielkim zaciekawieniem. Z tym, że w Chinach jest straszny brud i nieporządek to się zgodzę. Mój kolega był w Chinach przez całe wakacje, przejrzałam pełno zdjęć od niego i naprawdę jest tam masakra. Ale jak kto lubi :) Pozdrawiam

  4. Ciekawy wpis. Chciałoby się rzec co kraj to obyczaj, nie mniej jednak niestandardowe rozwiązania spotyka się już na całym świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>