Wiele twarzy Chin: Prowincja Hunan.

Większość naszego dotychczasowego pobytu w Chinach, spędziliśmy na wschodzie kraju, w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z największych i zapewne najnowowocześniejszych miast świata – Szanghaju. Posmakowaliśmy tutaj Chin, ale raczej tych bogatszych, bardziej rozwiniętych, z wyglądu przypominających Europę, czy USA. Bynajmniej nie przeszkodziło nam to w przeżyciu szoku kulturowego, gdyż momentalnie zauważyliśmy, że drapacze chmur i wypasione galerie handlowe to jedno, a mieszkający tu ludzie, to drugie. Jednak dopiero teraz, po wizycie w odległej prowincji Hunan, wiemy, że mogło być gorzej. A jeśli nie gorzej, to na pewno bardziej ekstremalnie i intensywnie.

Przyjeżdżając do prowincji Hunan, od razu zauważamy, że tutaj jest inaczej. Miasta nie są tak imponujące, dominuje szarość, wszędzie widać biedę, nic nie zatrzymuje naszego wzroku na dłużej.

Ludzie noszą wyplatane koszyki na plecach, a w nich zakupy albo ……… dzieci. Warzywa na sprzedaż też nosi się na plecach, na dwóch, zawieszonych na bambusie, paletach. Oczywiście z takimi tobołami najczęściej zobaczymy stare, zgarbione babcie i dziadków.

Stwierdzenie, że w Chinach nie szanuje się zwierząt, tutaj nabiera nowego znaczenia. Obraz dwóch gęsi przywiązanych na wystawie przed restauracją i zapewne zachęcających do jej odwiedzenia, już nigdy mnie nie opuści.

Natomiast kupioną na bazarze kurę czy kaczkę, niesie się przez miasto, trzymając za skrzydła.

W pięknym, zabytkowym Fenghuang, pranie robi się w rzece, używając do tego celu wszelkich dostępnych detergentów. Trochę dalej, ktoś nad brzegiem obiera kurczaka, a niepotrzebne wnętrzności też wrzuca do rzeki. Jeszcze trochę dalej, inna osoba w tej samej wodzie płucze warzywa.

Po ulicach jeździ się starymi, zdezelowanymi motorami, które produkują mnóstwo smogu. E-bików nigdzie nie ma, a my do tej pory myśleliśmy, że one są wszędzie!

Autobusy są obdarte i z ich wewnętrznych ścian, wystaje podejrzana pianka. Plastikowe krzesła są połamane, a ich fragmenty wbijają się w ciało. Brakujące okna, bywają zaklejone taśmą.

Garkuchnie straszą brudem i za nic w świecie nie chcemy do nich wchodzić. Przez pierwsze dwa dni stołujemy się w MCK Burger, chociaż tak bardzo chcielibyśmy spróbować lokalnej kuchni, o której tak wiele słyszeliśmy.

W samym centrum Zhangjiajie, w pobliżu dworców, urzęduje ekipa, która codziennie grzeje się przy ognisku, na którym pali stare meble i inne śmieci. Są z różnych tworzyw sztucznych i potwornie śmierdzą, nie mówiąc już o tym, jak bardzo taki dym musi szkodzić zdrowiu. Oni jednak zdają się tego nie wiedzieć i razem z dziećmi, spędzają przy ogniu całe dnie.

W hotelach opłaty za klimatyzację, chociaż w takich warunkach pogodowych, praktycznie nie da się bez ogrzewania wytrzymać. W łazienkach dziury, zamiast normalnych toalet.

Recepcje to praktycznie mieszkania pracujących tam ludzi, chociaż czasami są niewyobrażalnie małe. Mają tam jednak łoża albo chociaż legowiska. Jedzą tam też posiłki, a w ciągu dnia wygrzewają się pod pledami nałożonymi na stoliki, pod którymi znajdują się elektryczne piecyki.

Nie ma mowy, żeby ktoś odezwał się do nas po angielsku.

Z okien autobusów oglądamy pola ryżowe, wioski, domostwa. Smutny to widok, bo wszędzie walają się góry śmieci. Zaczynamy odnosić wrażenie, że każdy składuje je na swoim podwórku. Rozumiem, że może tam być problem z wywózką odpadów, ale czy naprawdę ludzie nie mogą sobie jakoś sami z tym poradzić? Poza tym, dlaczego wszystko jest porozrzucane, a nie składowane w jednym miejscu? Czy naprawdę nie ma innego wyjścia, jak tylko zaśmiecić sobie całe podwórko, pobocze drogi i właściwie każdy dostępny kat i zakamarek? Nie może być skromnie, ale czysto?

DSC_0276

DSC_0636

DSC_0909

Mówiąc krótko, zdaje się, że nagle trafiliśmy do zupełnie innego świata. To już nie te Chiny, które znamy. Jesteśmy na prowincji! I chociaż cieszymy się, że na codzień mieszkamy jednak w tej lepiej rozwiniętej części, dobrze jest zobaczyć Chiny również z innej strony. Z pewnością jest to ciekawe doświadczenie.

Co więcej, pierwszy raz mamy możliwość obcować z jedną z 55 mniejszości narodowych zamieszkujących Państwo Środka. Mowa o ludności Miao, której przedstawicielki noszą piękne, niebieskie, ozdobione haftami stroje oraz czarne turbany. Widzimy je w Fenghuang, głównie sprzedające pamiątki, więc istnieje prawdopodobieństwo, że zakładają stroje ze względu na turystów. Z drugiej jednak strony, noszą je tylko starsze kobiety, więc może jednak nie.

DSC_0648

2 przemyślenia na temat “Wiele twarzy Chin: Prowincja Hunan.”

  1. ~Barbara pisze:

    Świetnie,że opisujecie różne regiony , kultury, zwyczaje i codzienne życie. W tak ogromnym kraju różnic musi być wiele. Zycie na prowincji ma na pewno wiele negatywów, ale być może żyjący tam ludzie nie widzą tego w ten sposób, są po prostu przyzwyczajeni do takich zasad i standardów. Na pewno porównując je z latami dawniejszymi, jest im teraz lepiej. Tak myślę.
    Chciałam spytać jakie ogólnie wrażenie zrobili na Was ludzie spotykani na prowincji ? Czy są smutni, czy weseli, czy apatyczni, czy pełni energii, czy spokojni, czy zestresowani i żyjący w pośpiechu?

    1. malgorzatakluch pisze:

      nie zauwazylismy wiekszych roznic w zachowaniu ludzi na prowincji. Chinczycy generalnie sprawiaja wrazenie ludzi pozytywnie nastawionych do zycia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>