Szanghaj po raz pierwszy.

Trudno w to uwierzyć, ale przez rok mieszkania w sąsiedztwie Szanghaju, nigdy nie mieliśmy okazji faktycznie tam pojechać. Z Suzhou szybkim pociągiem można się tam dostać nawet w 25 minut, a z Hangzhou w około godzinę, ale nam jakoś nigdy nie było po drodze. Teraz wreszcie się to zmieniło. 10 kwietnia mijał rok od naszego przyjazdu do Chin i uznaliśmy, że rocznicy tego wydarzenia, nie możemy świętować nigdzie indziej, jak tylko w Szanghaju.

Ogólnie miasto wywarło na nas dobre wrażenie, głównie za sprawą wszechobecnej zieleni. Pomimo swojego rozmiaru, jest też dość ciche, a kierowcy nie używają klaksonów tak powszechnie. Ścisłe centrum wygląda bardzo nowocześnie, zwłaszcza Nanjing Road, która bardziej przypomina mi ulice Nowego Jorku, niż jakiegokolwiek chińskiego miasta. Jej zachodnia część pełna jest drogich, europejskich butików, a wszystkie szyldy po angielsku. Dopiero zbliżając się do The Bund, zaczynamy zauważać więcej napisów po chińsku.

Sama promenada, chociaż bardzo zatłoczona, również wydała nam się dość spokojnym miejscem. Nie ukrywam, że było to dla nas dużym zaskoczeniem.

Podobnie odwiedzone świątynie, też o dziwo bardzo ciche, wcale nie przepełnione, bardzo przyjemne do zwiedzania.

Szybko zaczęliśmy rozumieć, dlaczego tak wiele osób uważa, że Szanghaj jest dobrym miejscem, aby zacząć oswajać się z Chinami. Dla kogoś, kto przyjeżdża do tego kraju po raz pierwszy, rzeczywiście może to być sposób na łatwiejsze zapoznanie się z tutejszymi realiami. Momentami można nawet zapomnieć, gdzie się jest.

W bezpośrednim sąsiedztwie słynnej Oriental Pearl Tower, nie uświadczymy tradycyjnego chińskiego budownictwa, wszędzie tylko nowoczesne wieżowce. Szyldy zapraszają do wszelkich możliwych zagranicznych sieciówek. Można napić się kawy w Starbucks, albo zjeść w KFC. Jest też piękny Disney Store, na wizytę w którym, skusiliśmy się nawet my (i długo nie mogliśmy wyjść).

Jedyne co naprawdę może przerazić przybywającego do Chin i Szanghaju po raz pierwszy, to ogromne tłumy. Niekończące się fale ludzi przelewają się przez promenadę, główne ulice, stacje metra i perony kolejowe. Nie widać im końca i nie widać drogi ucieczki. W połączeniu z egoistycznym zachowaniem Chińczykow w przestrzeni publicznej, którzy wciąż się przepychają, trącają i głośno nawołują, może to powodować lekkie ataki paniki.

Wystarczy też wejść w jedną z bocznych uliczek, aby natychmiast poczuć, w jakim kraju tak naprawdę jesteśmy.

Już boczne przecznice Nanjing Road ukazują takie Chiny, jakie znamy my. Na chodnikach działają różne warsztaty, stoją baby z dumplingami i oczywiście wszędzie walają się śmieci. Zdaje się też, że wszyscy mieszkańcy postanowili jednocześnie zrobić pranie i wywiesić je za oknem.

My do takich widoków już dawno przywykliśmy, więc chętnie zatapiamy się w okolicę i szukamy czegoś dobrego do jedzenia. Oczywiście szybko znajdujemy i to w bardzo dobrej cenie.

Podsumowując, Szanghaj to miasto o dwóch twarzach. A czy podobało nam się wizualnie? Szczerze mówiąc, średnio.

Oboje odnieśliśmy wrażenie, że mało co tam do siebie pasuje, tak jakby każdy budynek powstawał niezależnie i nikt niczego nie planował. O ironio, odwiedziliśmy centrum planowania miasta, gdzie można dużo poczytać o zamysłach i ideach rozbudowy Szanghaju, ale na ulicach jakoś tego nie widać. Same wieżowce nie są też szczególnie urodziwe. Wyróżnia się jedynie Oriental Pearl Tower, a reszta jest szara i przeciętna. Poza jednym skupiskiem, są też dość daleko od siebie, więc nie tworzą jednej, wielkiej całości. Niczego na kształt panoramy Hong Kongu, na pewno tam nie zobaczymy. Swoje robi również zanieczyszczenie powietrza. Smog przesłania wszystko!

DSC_0600 DSC_0653

Mówiąc krótko, szału nie ma i zachwytu szanghajskim skyline zdecydowanie nie podzielamy. Nawet wieczorem nie robi większego wrażenia, gdyż budynki są naprawdę słabo oświetlone.

A co zwiedzaliśmy?

Pierwszego dnia skupiliśmy się na świątyniach. W pierwszej kolejności zawitaliśmy do Jade Buddha Temple, która podobała nam się bardzo.

Część świątyni jest bardzo nowa, jeszcze w budowie i nie zachwyca, ale trzy pierwsze pawilony są naprawdę godne uwagi. W jednym z nich zobaczymy figurę jadeitowego Buddy, która jest inna niż te, które widzieliśmy do tej pory. Jest naprawdę piękna, cała z kamienia szlachetnego. Znajduje się w wydzielonej części, nie można się do niej zbliżać, ani robić zdjęć. Pilnuje jej pewna pani. Pomieszczenie jest przyciemnione i słychać cichutką muzykę, która buduje nastrój. Podczas naszego pobytu, przewinęło się zaledwie kilka osób, więc warunki do kontemplacji są.

DSC_0397 DSC_0400 DSC_0413 DSC_0422

Druga świątynia, którą odwiedziliśmy to Jing’an Temple. Podobała nam się mniej, aczkolwiek jej układ znacznie różni się od tego, co widzieliśmy w Chinach do tej pory. Do głównego pawilonu wchodzi się po schodach, a z tyłu jest wysoka, złota pagoda. Na tle nowoczesnego wieżowca, wygląda co najmniej interesująco.

Znajdziemy tam też ogromny jadeit, który dotyka się na szczęście i myśli życzenie, które podobno ma się spełnić. Zobaczymy!

To co nam się nie spodobało, to cena biletu, która nas zszokowała. Wydaje mi się, że 50 RMB to stanowczo za dużo za wstęp do miejsca kultu. Pomijając to, że moim zdaniem wszystkie kościoły, świątynie, synagogi, meczety i inne tego typu przybytki, powinny być darmowe (w końcu wznoszone są za pieniądze wiernych i mają służyć kontaktowi z bogiem), to taka cena jest już naprawdę dużą przesadą. W środku i tak jest mnóstwo skarbonek, do których ludzie wrzucają pieniądze i trzeba też płacić za wszelkie ceremonie odprawiane przez mnichów. Jak dla mnie, trochę to wszystko za bardzo nastawione na zysk.

W dodatku, świątynia wygląda na kompletnie nową. Historię ma zapewne długą (tablic informacyjnych brak), ale wszystko zdaje się być dopiero co zbudowane albo przynajmniej mocno odnowione. Poczucia autentyzmu brak.

DSC_0470 DSC_0584 DSC_0586

Drugiego dnia zaszliśmy do People’s Park i od razu trafiliśmy na targ matrymonialny. Nie zaskoczył nas szczególnie, bo już taki jeden widzieliśmy w Suzhou. Niewątpliwie jest to jednak bardzo ciekawe zjawisko. Tutaj ludzie zawieszają ogłoszenia na rozłożonych parasolach, więc od razu łatwo zauważyć z jaką skalą tego zjawiska mamy do czynienia. Dziesiątki, jeśli nie setki parasoli, a za nimi starsi ludzie mający nadzieję, że znajdą męża/żonę dla swoich dzieci. Oczywiście nie czytamy po chińsku, ale liczby są zapisywane normalnie, więc mogliśmy się dowiedzieć kto ile ma lat, ile wzrostu i ile waży. Zdaje się też, że niektórzy od razu zapisują ile wybranek/wybranka powinni mieć lat itp. Lista wymagań jest!

DSC_0692 DSC_0695

Niedługo później, gdy gapiliśmy się na mapę i szukaliśmy drogi, zaczepił nas starszy Chińczyk i zaoferował pomoc. Znów potwierdziła się zasada, że jeśli w pobliżu jest jakiś Chińczyk, który mówi po angielsku, to sam się do nas zgłosi.

Jego angielski był naprawdę płynny, nie było żadnych problemów żeby się dogadać i skierował nas we właściwą stronę. Co ciekawe, mówił, że był kiedyś w Polsce.

A następnym punktem programu było Shanghai Urban Planning Exhibition Center, w którym chcieliśmy zobaczyć ogromną makietę miasta, która naprawdę okazała się ogromna. Większej nigdy nie widzieliśmy. Reszta nie zrobiła na nas wrażenia. Jeśli ktoś interesuje się tym jak rozbudowywało się miasto przez lata albo jaka jest geologia Szanghaju i chce zobaczyć glinę, która ma 2 miliony lat, to może będzie mu się podobało. Nas ekspozycje jednak trochę znudziły, zwłaszcza, że na początku było mało konkretnych informacji, a dużo typowych zachwytów nad miastem.

DSC_0779

Tak w zarysie wyglądała nasza pierwsza wycieczka do Szanghaju. Nigdzie się nie spieszyliśmy i nie było absolutnie żadnego ciśnienia, że coś koniecznie musimy zobaczyć. Miasto nigdy nie kojarzyło nam się z jakimiś konkretnymi zabytkami, może poza The Bund, a zresztą, na pewno jeszcze tam wrócimy.

Zatrzymaliśmy się w hotelu 7 Days Inn, sieciówce, z której już raz korzystaliśmy, w Datongu. Jest dość drogi jak na Chiny (oczywiście mowa o tej tańszej bazie noclegowej), a standard naprawdę nie powala, ale znalezienie czegoś odpowiedniego na booking.com nie było najłatwiejszym zadaniem. Bardzo dużo hoteli, które się tam ogłaszają, zaznaczają, że przyjmują tylko Chińczyków i to tylko z mainlandu (czyli Tajwan, Hong Kong i Makau odpadają).

Obsługa oczywiście ani słowa po angielsku, nawet prosząc o paszport musieli korzystać z translatora. Dużym plusem jest jednak lokalizacja w pobliżu centrum i bliskość stacji metra oraz ………. widok z dachu (m.in. na Oriental Pearl Tower). 

A co do jedzenia, to w Szanghaju pierwszy raz jedliśmy świńskie płuca. O dziwo, były całkiem dobre, a już na pewno nie niedobre.

Informacje praktyczne: w Szanghaju jest 16 linii metra, a niektóre mają jeszcze odnogi, więc z komunikacją raczej nie ma problemu. Wszędzie łatwo dojechać.

Jade Buddha Temple – dojazd: linia 7 lub 13, stacja Changshou Road; wstęp: 20 RMB.

Jing’an Temple – dojazd: linia 2 lub 7, stacja Jing’an Temple; wstęp: 50 RMB.

Oriental Pearl Tower – dojazd: linia 2, stacja Lujiazui.

Shanghai Urban Planning Exhibition Center – dojazd: linia 1, stacja Xinzha Road; wstęp: 30 RMB.