Podsumowanie naszej pierwszej chińskiej przygody, czyli 15 miesięcy i 5 dni (wreszcie) minęło.

collage

Z podsumowaniem naszego ponad rocznego pobytu w Chinach czekałam do powrotu do Polski, aby wpis ten był jak najbardziej obiektywny. W Chinach czasami 5 minut wystarczy abym z euforii popadła w złość i nienawiść wobec zamieszkującego ten kraj narodu. Miewam momenty, gdy szczerze nie znoszę ich wszystkich, a nawet pojawiają się u mnie mordercze instynkty, ale są też takie, gdy myślę sobie, że Chińczycy wcale nie są tacy źli.

W każdym razie, teraz gdy od Chin, a przede wszystkim Chińczyków, dzielą mnie tysiące kilometrów, jestem w stanie wszystko poukładać sobie w głowie i dojść wreszcie do jakichś w miarę konkretnych wniosków ……… albo przynajmniej spróbować.

Z Chinami bowiem, nie jest łatwo. Ciężko ubrać je w jakiekolwiek ramy, ciężko stwierdzić coś na 100%. Ciężko je w ogóle ogarnąć, a co dopiero zrozumieć. Jest to jeden z tych krajów, do których trzeba jechać na naprawdę długo, aby w ogóle móc się na jego temat wypowiadać. Ja nie udaję, że wiem już wszystko. Do tego stanu bardzo mi jeszcze daleko. Jedyne czym mogę się na tym etapie podzielić, to moje obserwacje, spostrzeżenia i wrażenia, których przez te 15 miesięcy, z pewnością mi nie brakowało.

To, czego jestem pewna, to to, że nie żałuję decyzji o wyjeździe, gdyż był to okres bardzo intensywny, pouczający, a także pełen wrażeń i niespodzianek. Niedługo ponownie stanę na chińskiej ziemi i spędzę tam kolejny rok, na co czekam z lekkimi obawami, ale również z radością. Wiem, że moja chińska przygoda jeszcze się nie skończyła. Wiem, że jeszcze wszystkiego nie widziałam i nie doświadczyłam i wciąż czuję lekki niedosyt. Już w lipcu, gdy szykowaliśmy się na wakacje w Polsce, myślałam sobie, że dobrze, że niedługo wracamy do Chin, gdyż nie jestem jeszcze gotowa żegnać się z tym krajem na zawsze. Jestem przekonana, że jeszcze nie jedno ma mi on do zaoferowania.

No ale dosyć już tego przydługiego wstępu. Czas zabrać się do pisania o tym, jak to było od początku.

Przede wszystkim, zarówno Kasper jak i ja, przeżyliśmy w Chinach swój pierwszy szok kulturowy, co nie ukrywam, bardzo nas zaskoczyło. Ja zawsze sądziłam, że moja otwartość na świat i tolerancja uchronią mnie przed takimi doświadczeniami., a okazało się, że byłam w błędzie. Niestety są takie zachowania, z którymi nie chcę i nie potrafię się pogodzić, ani w żaden sposób ich zaakceptować. Wiem już, że gdyby z jakiegoś powodu przyszło mi spędzić w tym kraju resztę życia, to i tak nie potrafiłabym się z Chińczykami zasymilować. Wychowanie europejskie, nigdy nie pójdzie w parze z azjatyckim i z mojej strony nigdy nie będzie akceptacji dla wielu zjawisk, które w Chinach zachodzą na porządku dziennym. Wiem też, że do podobnych konkluzji doszłam nie ja jedna, a praktycznie wszyscy obcokrajowcy, których miałam okazję w Państwie Środka zapoznać. Nasze wychowanie i powszechna zasada, że należy żyć i postępować tak, aby innym nie przeszkadzać, w Chinach nie znajdują zastosowania i narażają nas na ciągłe, bardzo nieprzyjemne, konfrontacje z chińską rzeczywistością. Pisałam o tym już wiele razy, ale napiszę jeszcze raz.

Po pierwsze, nie mogę pogodzić się z tym, że w Chinach praktycznie nie istnieje coś takiego jak kultura jazdy. Przez ostatni semestr, prawie codziennie jeździłam do szkoły rowerem. Wychodziłam zadowolona z naszego pięknego mieszkania, na nasze piękne, zielone osiedle, ale już po chwili, trafiałam na tłoczną i głośna ulicę. Po zaledwie ok. 15-minutowej przejażdżce byłam w szkole, ale po porannym dobrym nastroju nie było już ani śladu. Zamiast tego byłam zdenerwowana, wkurzona do granic możliwości, a w głowie kłębiły mi się nienawistne myśli. Zaledwie kilka minut starczało, abym zaczynała wyklinać wszystkich Chińczyków i życzyć im zagłady nuklearnej. A wszystko to dlatego, że pomimo tego, że miałam zielone światło, nie mogłam przejechać spokojnie przez skrzyżowanie. Pomimo tego, że na drodze stało kilku policjantów i starało się kierować ruchem, wiele osób kompletnie ich ignorowało i wjeżdżało na skrzyżowanie wedle uznania. Codziennie widziałam jak samochody ze wszystkich stron spotykają się na środku i trąbiąc i miotając się na wszystkie strony, próbują dalej jechać w swoją stronę. Nikt nigdy nie chciał nikomu ustąpić, nikogo przepuścić. Ja się pytam, gdzie oni się tak spieszą, skoro wiem, że większość z nich dojedzie do pracy, po czym będzie przysypiać na biurkach albo siedzieć godzinami na telefonie, tak jak robili to chociażby nauczyciele z mojej szkoły, czy też sprzedawcy w niezliczonych sklepach, a także, nie rzadko obsługa restauracji. Zdarzyło nam się wejść do jednego z takich przybytków i zastać cztery osoby śpiące w najlepsze na stołach. Usiedliśmy z naszymi, zamówionymi przed wejściem pierogami, ale musiało minąć sporo czasu, zanim wszyscy powoli się przebudzili i wrócili do życia. Raz widzieliśmy mnicha, który zasnął wprost na ladzie w sklepie z pamiątkami i kompletnie nie zważał na klientów.

No ale takich przykładów można by wymieniać w nieskończoność, a szkoda przecież czasu. Wolę wrócić jeszcze na moment do kierowców.

Nie mogę pojąć, co ci ludzie mają w głowach. Codziennie widzę rodziców i dziadków, którzy wożą swoje małe dzieci na e-bike’ach albo w zielonych przyczepkach i nie tylko nie przestrzegają zasad ruchu drogowego, ale również, w tak wielu przypadkach, nie patrzą nawet na drogę! Jak można tak po prostu zmienić pas ruchu, wjechać z ulicy podporządkowanej albo przejechać na czerwonym świetle, nie zerkając nawet, czy przypadkiem nie zbliża się w naszą stronę wielka ciężarówka?! Czy te matki nie boją się o życie swoich dzieci? Czy nie wiedzą, że trzymając je na kolanach podczas jazdy samochodem, narażają je, w razie wypadku, na natychmiastową śmierć? Czy nie wiedzą, że nie należy na e-bike’u jechać w cztery osoby, bo to niebezpieczne, a małe dziecko nie zawsze jest w stanie utrzymać się na tylnym siedzeniu? Czy nie wiedzą też, że nie należy stać z maluchem na samym krawężniku, do którego co chwilę podjeżdżają autobusy, zwłaszcza jeśli dziecko nie jest nawet trzymane za rękę?

Codziennie chodzę tymi chińskimi ulicami, patrzę na to wszystko z niedowierzaniem i załamuję ręce. To nie jest coś, co mogłabym kiedykolwiek zaakceptować.

Druga sprawa, która nie daje mi spokoju, to powszechny brud, zalegające wszędzie śmieci i brak jakiejkolwiek świadomości ekologicznej u Chińczyków. Nie chcę nawet pisać, co chciałam zrobić pewnej Chince, która siedząc w altance na szczycie wzgórza w Xiamen, wyrzuciła za siebie śmieć, chociaż kosz stał jakieś pół metra od niej. Do tej pory na samo wspomnienie tego zdarzenia, podnosi mi się ciśnienie. Pamiętam ten tępy wyraz na jej twarzy i w sumie trochę żałuję, że jej czymś nie przywaliłam.

Nie mogę patrzeć, jak ci ludzie chodzą ulicami i wyrzucają śmieci na prawo i lewo. Kiedyś widziałam, jak kobieta wyrzuciła butelkę wprost na ulicę, gdy bus, którym jechała, zatrzymał się na przystanku. Innym razem, chłopiec siedząc tyłem na e-bike’u swojej matki, odpakował hamburgera i odjeżdżając, rzucił papier wprost na chodnik. Nigdy nie zapomnę widoku białych opakowań po jedzeniu, które któregoś dnia, w porze lunchu, płynęły kanałem w Hangzhou, jeden za drugim.

Żaden niepotrzebny przedmiot nie zostanie w Chińskiej ręce zbyt długo. Wszystko co zbędne, momentalnie ląduje na ziemi. Nie ważne, czy pod nogami jest kanał, ulica, chodnik, czy własne podwórko.

W takim otoczeniu naprawdę nie jest łatwo żyć. My, przyzwyczajeni do porządku i czystych ulic, na których wyrzucony przez kogoś papierek na pewno od razu zostałby zauważony i prawdopodobnie głośno skomentowany, w Chinach przeżywamy katusze. Żal nam tego kraju, tych nowoczesnych miast i tej pięknej przyrody, które tak bezmyślnie i na każdym kroku są niszczone i zanieczyszczane.

Żal nam nas samych, że musimy w tym syfie żyć.

A najgorsze jest to, że to wcale nie koniec naszych problemów. Jest jeszcze tak wiele innych spraw, które nie dają nam spokoju. To dziecko z gołym tyłkiem, sikające na posadzkę galerii handlowej, pod okiem młodej, wystrojonej mamusi, która nie pofatyguje się do czystej i nowoczesnej toalety, bo woli żeby jej bachor nasikał w przejściu. Te stare chłopy palące papierosy na naszej pięknej klatce schodowej, bo na podwórko najwyraźniej im za daleko. Te inne chłopy, które zakręciły nam wodę, oczywiście bez naszej zgody i odkręciły dopiero jak zmobilizowaliśmy do pomocy sąsiadów i osiedlowych strażników. Te dziwne osobniki, które regularnie zostawiały śmieci w moim rowerowym koszyku. Ci „prywatni” taksówkarze, którzy zawsze próbowali wyciągnąć z nas tyle kasy, ile tylko się dało. Ci nieuczciwi sprzedawcy. Ci kierowcy autobusów zatrzymujący się daleko przed przystankiem i wypuszczający pasażerów wprost w krzaki. No i te ruchome chodniki, które podczas deszczu, wylewały na nasze nogi cały syf, jaki zdołał uzbierać się pod płytkami.

Och ………, sporo już tego hejtu się uzbierało, a ja mogłabym tak jeszcze pisać i pisać. Jak jesteśmy w Chinach, to nie ma dnia, żebyś coś się nie wydarzyło, nie zwróciło naszej uwagi, nie doprowadziło nas na skraj wytrzymałości nerwowej. Co więcej, to ja jestem ta spokojna, która zazwyczaj próbuje dojrzeć w Chińczykach lepsze cechy i jakoś ich tłumaczyć. Gdyby to Kasper napisał ten post, hejtu bez wątpienia znalazłoby się tutaj jeszcze więcej.

W każdym razie, już za chwilę przejdę do pozytywów życia w Państwie Środka, ale zanim to nastąpi, nie mogę nie wspomnieć o kolejnych dwóch kwestiach, bez których ten wpis nie byłby kompletny.

Mianowicie, chyba najgorsze w Chinach jest to, że niekiedy, a właściwie bardzo często, drobne, codzienne czynności urastają do rangi ogromnego, niemal nierozwiązywalnego problemu! Nie mogę zrozumieć dlaczego tak ciężko jest mi zamówić pierogi, chociaż stoję tuż nad nimi i wskazuję je palcem. Nie wiem też dlaczego pani w kasie biletowej zadaje mi milion pytań, chociaż wie, że jej nie rozumiem, a w dodatku daję jej kartkę, na której mam napisane gdzie chcę jechać, kiedy, o której godzinie i jakim pociągiem. No i dlaczego tak strasznie dużo czasu zajmuje mi kupienie znaczków, chociaż mam gotowe pocztówki, z wyraźnie zapisanymi adresami?!

Chińczycy strasznie dużo do nas mówią i co gorsza wciąż oczekują, że my im odpowiemy. My natomiast nie jesteśmy w stanie zrozumieć niewyraźnego potoku słów, który wypływa z ich ust, a gdy próbujemy odpowiadać naszym bardzo, bardzo, bardzo podstawowym chińskim, to często nawet nie starają się nas zrozumieć.

No i tak to jest. Cały czas pod górkę!

Druga sprawa to to, że ciężko nam w Chinach nawiązać przyjaźnie z Chińczykami. Poznajemy trochę obcokrajowców i to z nimi spędzamy najwięcej czasu, natomiast z Chińczykami zazwyczaj łączą nas bardzo luźne relacje. Moim zdaniem wynika to z tego, że Chińczycy pomimo pozornie ogromnego zainteresowania Europą i Ameryką, tak naprawdę prawie nic o nas, obcokrajowcach nie wiedzą i tak naprawdę nie chcą wiedzieć. Wiem, że partia rządząca nie ułatwia im zadania i macki cenzury sięgają bardzo daleko, ale dla chcącego nic trudnego. Mimo wszystko działa tam wiele stron internetowych, włącznie z portalami informacyjnymi takimi jak BBC, działa też Wikipedia i przede wszystkim z łatwością można ściągać filmy. W chińskich kinach puszcza się bardzo mało zagranicznych produkcji i w większości przypadków są to te mniej ambitne tytuły, typu Avengers, czy Hunger Games, ale jakby ktoś chciał, to nie miałby problemu z dotarciem do ciekawszych pozycji. Oczywiście nie wymagam od Chińczyków, że będą o nas wiedzieć wszystko, ale my o ich kraju wiemy sporo. Oboje lubimy rozmawiać o polityce, historii, filmach, a z Chińczykami żadnego z tych tematów nie pociągniemy. Oni nie tylko bardzo słabo orientują się w polityce, ale często nie potrafią umiejscowić krajów na mapie, a o istnieniu wielu z nich nie mają pojęcia. Zadziwiająco mało wiedzą też o samych Chinach i są bardzo podatni na to, co słyszą w swoich mediach. Jeszcze ani raz nie widziałam Chińczyka, który odwiedziłby zagraniczną stronę internetową, zawsze tylko chińskie. Nie twierdzę, że nikt nigdy tego nie robi, ale ja jeszcze nie widziałam.

Bardzo niewiele wiedzą też o swoich religiach. Oczywiście większość chińskiej populacji jest niewierząca, ale świątyń w Chinach jest od groma, a w dodatku są bardzo tłumnie odwiedzane, chociażby w celach turystycznych. Niestety nie ma szans dowiedzieć się od naszych rówieśników, co jest napisane na ścianach albo co mogą znaczyć dane symbole.

Jedyny temat, w którym Chińczycy odnajdują się naprawdę dobrze, to jedzenie. My łatwo to podłapujemy, no ale z drugiej strony, ile można, prawda?!

Tak że pogadać z Chińczykami jest ciężko, formy spędzania wolnego czasu też mamy różne no i w rezultacie przez całe 15 miesięcy w Chinach, udało nam się nawiązać zaledwie jedną głębszą przyjaźń.

No ale koniec już tego narzekania, bo to naprawdę nie o to chodzi w tym poście. Chciałabym jak najlepiej przybliżyć czytelnikom nasze życie w Państwie Środka, więc muszę też napisać o tym, co sprawia, że chcemy tam wrócić.

Na pierwszym miejscu znajdą się oczywiście wszelkie cuda natury i te stworzone przez człowieka, których w Chinach nie brakuje. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że w tym kraju jest aż tak dużo do zobaczenia. Każdy słysząc hasło „Chiny” od razu wyobraża sobie Wielki Mur, Zakazane Miasto i kilka innych najbardziej znanych zabytków, ale tak naprawdę miejsc wartych odwiedzenia jest tam tak dużo, że chyba nie starczyłoby życia, żeby zobaczyć je wszystkie. Niektóre z nich są w dodatku tak dobrze ukryte, że trzeba się naprawdę mocno postarać by je odnaleźć, a później trzeba postarać się jeszcze bardziej, aby do nich dotrzeć.

Drugą kwestią, która nie pozwala o Chinach łatwo zapomnieć, jest jedzenie i jego niebywała różnorodność. Kiedyś, podczas uroczystego posiłku, pewna Chinka powiedziała przy stole, że Chińczycy jedzą wszystko co pływa, ale nie jest łodzią, wszystko co lata, ale nie jest samolotem i wszystko co chodzi, ale nie jest człowiekiem. Chyba żadne inne powiedzenie nie jest w stanie tak trafnie oddać kulinarnych upodobań Chińczyków. Oni rzeczywiście jedzą wszystko i w dodatku na niezliczone sposoby. Wybór jest niesamowity, a co więcej, większość potraw smakuje wyśmienicie. Komuś przyjeżdżającemu do Chin po raz pierwszy, może zająć chwilę zanim przywyknie do tych wszystkich podrobów, pływających w zupie głów i zębów na talerzu, ale jak tylko mu się to uda, kulinarnym ekscytacjom nie będzie końca.

Niewątpliwym plusem Chin jest również nastawienie ich mieszkańców do przybyszy z Zachodu (niestety nie do wszystkich obcokrajowców, a jedynie tych o białym kolorze skóry). Jak już pisałam, w przestrzeni publicznej Chińczycy są co najmniej nieznośni, ale przy bliższym poznaniu, zazwyczaj odznaczają się uprzejmością, chęcią pomocy i oczywiście ogromnym zainteresowaniem wobec naszej osoby. W autobusie zainteresują się celem naszej podróży i pomogą wysiąść na odpowiednim przystanku. Jeśli znają angielski, to mamy niemal zagwarantowane, że do nas zagadają i zaoferują pomoc w znalezieniu drogi albo udzielą informacji. W supermarkecie wybiorą najładniejsze kawałki mięsa. W małych jadłodajniach przyniosą jedzenie do stolika, chociaż powinniśmy sami je odebrać, tylko nie zrozumieliśmy nawoływania. Natomiast znajomi Chińczycy, prawie na pewno nie odmówią spełnienia prośby, choćby naprawdę bardzo im się nie chciało.

Ostatnia rzecz, o której chciałabym wspomnieć to, wbrew pozorom, autentyczność. O ile Chiny dość mocno kojarzą się z wszelkiego rodzaju podróbkami i kopiowaniem wszystkiego, co tylko powstało na tym świecie, to Chińczycy sami w sobie zdają się być bardzo autentyczni. Patrząc na nich i ich zachowania, nie odnosi się wrażenia, że próbują coś przed nami ukrywać albo kreować się na kogoś innego. Co więcej, Chińska turystyka jest nastawiona przede wszystkim na turystów krajowych, więc przybyszy zza granicy wcale nie traktuje się inaczej. Idąc ulicami chińskich miast nie odniesiemy wrażenia, że kramy z jedzeniem albo stoiska z pamiątkami powstały ku naszej uciesze. One powstały dla Chińczyków, ku ich uciesze.

Tak jak napisałam na początku, jestem gotowa kontynuować moją przygodę, a wręcz nie mogę się doczekać powrotu na chińską ziemię. Myślę, że Chiny jeszcze nie raz mnie zaskoczą i chociaż spodziewam się wielu rozczarowań, to wiem też, że spotkają mnie i miłe niespodzianki.

A to „wreszcie” z tytułu, to tylko taki żart.

3 przemyślenia na temat “Podsumowanie naszej pierwszej chińskiej przygody, czyli 15 miesięcy i 5 dni (wreszcie) minęło.”

  1. Wspaniała wycieczka, wspomnienia zostaną z Wami już na zawsze. Niesamowite przeżycie, szczerze zazdrościmy, ale w pozytywnym sensie. Pozdrawiamy serdecnzie! :)

  2. Marguerite27 pisze:

    Strasznie zazdroszczę tak długiego pobytu w Chinach :) Fakt, że dla mnie barierą niemożliwą do przekroczenia byłby język. Chociaż i tak na pewno zwiedzę :D Na razie krążę raczej po Europie, ale kiedyś trzeba będzie poszerzyć horyzonty, czego nie mogę się doczekać.

    1. malgorzatakluch pisze:

      Zachęcam do odwiedzin Chin, aczkolwiek Europa też ma bardzo dużo do zaoferowania. Ja osobiście trochę tęsknię za europejskimi wypadami :)

Odpowiedz na „Marguerite27Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>